Jak zostaŁem ludzikiem


czyli relacja z
Opalenica Drinking Party
Lato Ludzikuff 2k2

       prolog - i inne bzdury.

       Jest połowa czerwca. Bardzo późnym wieczorem obywatel epi zostaje nawiedzony przez obywatela Pinokia. Odpalają Atari. Coś stukają, gadają, grają modki... W pewnym momencie obywatel Pinokio zadaje pytanie: "Jedziesz na party?". Obywatel epi nieco zakłopotany odpowiada, że nie wie jak to będzie... Bo cóż może powiedzieć, jak ma pustą kieszeń i nieco dziwnych staruszków? Wybrać się trza.. Jeszcze na tydzień przed zlotem wstąpiłem na #atari8 i marudziłem coś, że może pojadę, a może nie, a bo nie mam kasy, a bo jest wesele kuzyna... Parę dni później tworzony w bólach przez dwa miesiące modułek był już skończony, miałem odpowiednią ilość gotówki, a więc... nic tylko jechać!

       Ale oczywiście to było zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe. Niestety może nie wyglądam na takiego młodego, jakim jestem, ale jestem i w związku z tym niestety ciągle jestem w pewnym stopniu uzależniony od moich kochanych rodziców. A ci, żeby było śmieszniej, musieli się pokłócić, a wtedy na złość sobie wzajemnie każde musi mieć inne zdanie na ten sam temat. W sprawie mojego wyjazdu było tak samo. Nikomu nie życzę takiego kociołka w domu, jaki ja miałem przed wyjazdem.

       Ostatniego dnia lipca już nie dopuszczałem do siebie myśli, że coś może mi przeszkodzić, więc trzeba było konkretnie pomyśleć, jak dostać się do Opalenickiego "Taklamakanu". Z pomocą przyszedł grupowy kolega Pinokio, który za pomocą swego kaszlaka zjawił się u mnie jakieś 20 minut po północy 1.08 Omówiliśmy całą sprawę, Pinokio przy okazji przekazał na moje ręce monitor przeznaczony dla Lizarda którego Pinek nie mógł zabrać sam, bo już miał za dużo bagażu. Udało się również obejrzeć oficjalne idx Lata Ludziqff 2k2 oraz XF-kę 3,5" 720kB, która miała być częścią nagrody na demo-compo. Około wpół do drugiej Pinokio się zmył, a ja zacząłem się pakować. Zgodnie z radą kolegi zapakowałem samego kompa, kilka dysków, zasilacz który później zgubiłem, SIMMa do rozbudowy RAMu w mojej 800XL i parę innych drobiazgów. Coś po trzeciej strzeliłem w kimono, żeby rano wstać i... dojechać na party.

       Więc wstałem. Była chyba dziewiąta nie ma o co się martwić, bo pociąg dopiero o pierwszej... Coś przegryzłem, umyłem się (bo prawdziwy skaut zawsze musi być czysty ;))) i ukończyłem procedurę pakowania się. Cały czas poganiała mnie moja nadgorliwa mamusia, której w dodatku przyszło do głowy zamówić taxi o 10:00 i dopiero jak złotówa już podjechał, dotarło do niej, że nie jadę na Główny tylko na Płaszów, a więc "troszkę" bliżej no i bez korków na drogach, dzięki czemu straciłem 14.50 zł i czekałem na Pinokia jedyne dwie godzinki, podziwiając urodę młodych pasażerek PKP :) ... Pobijając rekord punktualności, dokładnie co do sekundy o umówionej godzinie 12:20 na dworcu kolejowym Kraków Płaszów zjawił się Pinokio z bagażem większym od siebie. Wyglądał, jakby przejechał po nim walec drogowy i z tego co mówił (a mówił niewiele), wynikało, że czuł się tak samo... Przy okazji oznajmił, że Nietoperek, który również miał z nami jechać, jest w jeszcze gorszym stanie i jeżeli w ogóle dojedzie, to najwyżej w piątek lub sobotę...

       Kupiliśmy bilety na pospieszny, który miał nas zawieźć do Pozen i podreptaliśmy na peron drugi, z którego miał ów pociąg odjeżdżać. Po kilku minutach miły głosik pani z głośnika oznajmił, że Światowid z Przemyśla do Szczecina przez Poznań itd., czyli właśnie nasz pociąg podjedzie na peron pierwszy, za co PKP serdecznie nas przeprasza i pro si o zachowanie ostrożności. W związku z powyższym nas już chciał trafić szlag ale chcąc nie chcąc zapakowaliśmy na siebie bagaże (którymi się zamieniliśmy, bo mój był lżejszy, a Pinokio nie wyglądał na takiego, co by mógł przetaszczyć swój "plecaczek" dwa razy po schodkach) i przenieśliśmy się na peron pierwszy, po czym zapakowaliśmy się do przedziału z paroma staruszkami, których w miarę upływu czasu ubywało, aż gdzieś w rejonie Opola cały przedział został na chwilkę dla nas. Pinokio większość drogi odsypiał nieprzespaną noc, a że ja też nie byłem zbyt wyspany, więc co jakiś czas szedłem w jego ślady i zdarzyło mi się parę razy uciąć sobie krótką drzemkę. Na kawałeczek od Opola do Brzegu dosiadł się do nas jakiś ziomek którego otwarte usposobienie doprowadziło niemalże do podpisania kontraktu wszystkich atarowskich muzyków z najlepszymi wytwórniami płytowymi ;)) Facet rzekomo był związany z muzycznym światkiem, ale rozmowa z nim przebiegała na zasadzie "my swoje, on swoje" chociaż i Pinokio i ja jesteśmy muzykami...

       Do Wrocławia pociąg opóźnił się o dwadzieścia minut, które zdążył nadrobić na prostej, nudnej i cholernie płaskiej drodze do Poznania. Bo rzeczywiście między Breslau a Pozen jest tak monotonnie, że naprawdę współczuję ludziom, którzy tam mieszkają...

       Na dworcu w Poznaniu okazało się, że przyjdzie nam trochę poczekać na osobowy do Opalenicy, więc próbowaliśmy skontaktować się z Vaskiem lub kimkolwiek innym w pobliżu partyplace w celu zapewnieia sobie komitetu powitalnego. Tymczasem jakby spod ziemi wyrosło przed nami dwóch osobników z dość dużymi bagażami. Na pierwszy rzut oka widać było, że mają coś wspólnego z Atarką, a że (jak to bracia) byli do siebie podobni, więc wywnioskowałem, że to Voy i Pasiu, co szybko się potwierdziło. W czwóreczkę łatwiej było znieść godzinkę czekania :)... Pociąg podjechał troszkę wcześniej, więc od razu wpakowaliśmy się do środka, a że ciężko było znaleźć cztery miejsca siedzące na raz, to rozłożyliśmy się między przedziałami. Ja jeszcze pobiegłem do kasy po bilecik, bo miałem tylko do Poznania i zaraz odjechaliśmy w stronę Mekki Atarowców.

       Tak na marginesie: w drodze do Opalenicy udało mi się zauważyć pewną prawidłowość. Otóż w miarę zbliżania się pociągu do celu naszej podróży miałem okazję namierzać coraz to lepiej prezentujące się lasencje, a więc plotki o opalenickich pannach mają jednak w sobie coś z prawdy... ;) Hmm... o czym to ja... aha...

       Punktualnie o 21:35, a więc zgodnie z planem, pociąg zaczął hamować na dworcu w Opalenicy, ktoś wypatrzył Vasco'a i po chwili czwórka zmęczonych podróżą, ale szczęśliwych z powodu zaczynającego się święta Atarowców wygramoliła się z pojazdu szynowego i od razu zaczęła zdążać w stronę komitetu powitalnego składającego się z w/w Waskonia oraz niemiłosiernie wychudzonego osobnika, którym okazał się być Jurgi. Kilka kroków na parking pod dworcem, Vasco zapakował nasze bagaże do swojej bryczki i odjechał (w siną dal ;)), a my tymczasem spacerkiem doszliśmy do najistotniejszego dla nas punktu miasta, jakim był dom kultury "Taklamakan" przy Mickiewicza Strasse. Party czaz saczońć!

       Na miejscu czekał na nas Vasco, wypakowaliśmy swoje sprzęty, Pinokio i Pasiu powoli zaczęli się "podłączać" a ja korzystając z uprzejmości klucznika Jurgi(az)ego ;)) zwiedziłem party-place. I niemal od razu zacząłem szukać słynnej mównicy, o której krążyło tyle opowieści... :)

       Potem nastała upragniona przez wielu Atarowców chwila - Pasiu zaprezentował swoją niespodziewajkę: kartę Turbo816, czyli procek 65c816 12,5MHz. Cudeńko! Tylko czekać, aż stanie się standardem XL/XE... Podobno nasz genialny elektronik ma to jeszcze dopracować, 16MHz itd. Ale będzie jazda... I ja marny pył miałem to szczęście być jednym z pierwszych, którzy to cudo widzieli. Już mi się to party zaczyna podobać :)

       Trochę pogaworzyliśmy, Pinokio otworzył reala na XE Gej System ;)), czyli popularnym terminalu dworcowym, Voy i Pasiu zakończyli dzionek udając się do slipinkrumu :) ... W objęcia Morfeusza rzucił się także Pinokio, tyle że na karimacie Jurgiego rozłożonej na środku sceny.

       Tymczasem zjawił się Axe, więc od razu zrobiło się weselej :) ... Parę chwil później poszliśmy z Jurgim odprowadzić Vasca do samochodu, potem przed partyhausem Jurgi opowiadał, jak to było kiedyś na zlotach, po chwili dołączył do nas Axe i tak nagadali, że apetyt na wrażenia z tego party miałem nieźle zaostrzony :))

       Było dość chłodno, więc wróciliśmy do budynku, gdzie zastał nas zbudzony Pinokio. Axuś pochwalił się swoim ostatnim nabytkiem: buteleczką wina "Heracles Classic Płoński Aperitiff" (ci, co czytali Magiczne Przygody Kubusia Puchatka, wiedzą o nim małe conieco ;)), wtedy oficjalnie zaczęło się picie na party :). Muszę przyznać, że jak na tanie wino, Heracles jest całkiem niezły... :)

       Około czwartej wrota partyplace zostały zamknięte i wszyscy ułożyli się do snu. (thx, Ptica, że przyjechałeś dzień później, bo mogłem się przekimać na materacu przeznaczonym dla ciebie ;)))) Przed szóstą ze snu wyrwali mnie McMaster i Yezus, co wybaczyłem im kiedy poczęstowali mnie śniadankiem :) ... Ale i tak okropnie bolał mnie kark :/ ... wiara dociera.

       Przez cały piątek co chwilę zjawiali się nowi partyzanci, których po dwudziestce przestałem liczyć :) Ostatnie wejście jakie pamiętam, to było chyba to LewiSa Delyego i Mikera ... a może chłopaków z NG i tych dwóch cool dziewczątek ;) (greetzy dla Justy i Skanki :)) które pojawiły się razem z nimi....

       Ci, którzy przyjeżdżali w piątek, strasznie narzekali na hołotę z Woodstock-u. hmmm...... ciekawe, dlaczego ;))

       Z rana razem z Pinokiem i Busterem wybraliśmy się do marketu InterMarche, gdzie niegdyś podobno stała osławiona "Pchełka", na małe zakupy.

       Pasiu przy swoim stole, nazwanym później "Pasia stołówką", zaczął rozszerzać kolejne Atarki o megabajty RAM-u, na kompie Pinokia cały czas leciały stare demka lub intra, ewentualnie msx różnego typu - TMC, MODki, realtime HDD/Covox...

       Miałem też okazję obejrzeć parę sprzętowych cudów, jak GameLink II i MultiJoy-a Piguły, czy też 1200XL (chyba) Nir'a. W stanie idealnym.

       LewiS reklamował papermag "Atarynka" za "jedyne" 21 zeta za dwa numery oraz otwieracze do butelek z wizerunkiem góry Fuji. Chwilowo postanowiłem się wtedy wstrzymać... może to i dobrze...

       Około południa Vasco zaczął rozdawać identyfikatory (oczywiście nie za friko, bo za jedyne 40 złociaków) oraz podstawki pod browarek z logo Atarci, wliczone w cenę wejściówki.

       Słynna mównica jednak się znalazła i nie było wprawdzie autobusu, ale za to powstała śmieciarka, której miałem okazję dosiąść ;))

       Później razem z Mikerem oraz przy drobnej pomocy LewiSa zakodowaliśmy interko 256B, o którym będzie jeszcze mowa przy okazji kompotów.

       A co było potem... chwili, kiedy osobiście poznałem swojego idola, którym zawsze był, jest i będzie Fox, nie zapomnę do końca życia. :)

       Późnym popołudniem razem z Delym, LewiSem, Pasiem i Elkabato wyszliśmy na małe zakupy monopolowe, przy czym ja miałem na głowie kapelusz pożyczony od McMastera. Przed sklepikiem, gdzie zaopatrywaliśmy się w wino(?) "marki" "Mustak" po cenie 2,90 zł za butelkę, Dely'emu udało się jedną taką butelkę (niestety pełną) roztrzaskać, ale pani ekspedientka jakoś mu to wybaczyła :))

       Wieczorkiem ludziom widocznie aż za bardzo zachciało się spać, bo wszyscy dobijali się do sleeping-roomu, a ten był zamknięty na cztery spusty, choć niektórym (w tym i mnie) udało się zajrzeć do środka i zobaczyć jak grupa Taquart siłuje się ze swoim NUMENem, który miał jakieś problemy z pamięcią. Przy okazji udało mi się podglądnąć partyjnego bigscreena, który okazał się być sprzętem całkiem dobrej jakości.

       Późnym wieczorem ktoś zaczął podłączać bigscreen-a i nagłośnienie, ale Atarka leciała na tym sprzęcie tylko przez chwilę (jeśli nie w ogóle) bo zaraz do bigskrina podpięli grzyba i na tym się skończyło.

       Pierwsze oznaki tego, że Lato Ludzikuff 2002 nie będzie jednak party idealnym, pojawiły się już w piątek wieczorem, kiedy Vasco oznajmił ku ogólnemu rozczarowaniu partyzantów, że ogniska z niewiadomych przyczyn nie będzie. A więc Kiełbaska u Vaska stała się kiełbaską wirtualną :((

       Duża część ludzików smacznie spała, chociaż trudno powiedzieć, żeby miało to jakiś poważniejszy związek z piciem (zbyt) dużych ilości alkoholu, bo ten zlot okazał się chyba jednym z najbardziej abstynenckich ;) - pod koniec została masa półpełnych puszek i butelek, niektóre były nawet w ogóle nietknięte...

       Bojkotując stół pingpongowy, który był oblegany od południa przez różnych maniaków, starałem się za wszelką cenę zachęcić ludzi do zagrania w Tekblasta albo Megablasta, ale chyba niezbyt dobrze mi to szło :/ ... chociaż... skoro nawet Vasco się skusił... :)

       Na bigscreenie albo ktoś katował blaszaka, albo ktoś inny Dreamcasta, tudzież emulator Atarci na tymże sprzęcie. Ja tymczasem wolałem popracować i odpaliłem TMC - a nuż widelec sklecę w pośpiechu jeszcze jakiś modułek. Niestety nic z tego nie wyszło, bo zabrakło mi weny, oddałem same akordy w ręce Pinokia i zachciało mi się spaa.. a.... aaać... Na skraju sceny znalazłem jakąś wolną miejscówkę i padłem na glebę opierając łepetynę na własnej kończynie górnej, ;)) a tymczasem ktoś podłączył grzyba do bigscreena i próbował odpalić video z jakiegoś poprzedniego party. O ile mi wiadomo był to Last '2k1 ale... wtedy właśnie urwał mi się film. :))

       Kiedy otworzyłem oczy, od razu zobaczyłem bigscreen'a, na którym ktoś nawala w Archona pod emulem na Dreamcaście. Trochę się powłóczyłem po partyplace(k), zaraz potem obudził się Voy, trochę pomęczyliśmy pseudoreala na foliaku LewiSa, po czym wspólnie postanowiliśmy zagrać w River Raid. Wtopiłem chyba na osiemnastym mostku, przegrywając z Voyem o cztery... :(

       Przez całą noc i jeszcze do południa w sobotę na partyplace przybywały kolejne mniejsze lub większe grupki partyjnych gości, których było o ile mi wiadomo prawie siedemdziesięciu, chociaż sam nawet nie siliłem się, żeby wszystkich policzyć :)

       Zaraz z rana najbardziej pracowity elektronik świata, nie tracąc czasu nawet na śniadanie, zasiadł do swojej stołówki i zabrał się za rozbudowę kolejnych kompów. Na pierwszy ogień poszła wtedy moja 800XL. Dzięki, Pasiu! :)

       Mniej-więcej około jedenastej razem z Elkabato wybraliśmy się po pyfko i jakieś jedzonko, bo zapasy już nam się skończyły :), a od południa już oficjalnie zaczęło się oczekiwanie na kompoty które długo się ciągnęło.

       Vasco to świetny organizator (onanizator? ;)) - zawiózł tyłek na mecz, a reszta partyzantów musiała sama zadbać o zorganizowanie sobie czasu. Wtedy, jak to określił Cubes, Lato Ludzikuff zaczęło zamieniać się w multi-party. No bo rzeczywiście - na bigscreenie leciały demka z lamigi, ruskie klipy a liczba klonów na partyplace(k) była chyba równa liczbie Atarynek... Fuj!

       Ale największą karierę robił chyba teledysk paru miłośników komody, w którym chłopcy bez zażenowania okazywali swoje uczucia do tego sprzętu, a spora grupka partyzantów (w tym ja), świetnie się przy tym bawiła :) Jak? jest na video - zajrzyjcie do ...

       Z każdą chwilą coraz bardziej znudzeni i zniecierpliwieni partyzanci zaczynali coraz bardziej narzekać na organizację. Jedni (jak Piguła) latali od stołu do stołu z rozbebeszonymi interfejsami, inni (jak Pinokio) siedzieli wpatrzeni w ekrany swoich Atarek i ostatecznie szlifowali swoje prace na kompoty, jeszcze inni (tych było najwięcej) siedzieli wpatrzeni i wsłuchani w filmiki lecące na big screenie. Tak właśnie sobie siedząc i kątem-plując ;> z Voyem kolejne lamiganckie demo albo też teledysk produkcji rosyjskiej, poczuliśmy smakowite aromaty dochodzące z kuchni mieszczącej się w pobliżu głównej sali na partyplace. W końcu postanowiliśmy sprawdzić co tak pięknie pachnie i przeprowadzić małe dochodzenie. Cichcem skradamy się do kuchni i co widzimy? Okazuje się, że to Taquarci zrobili sobie regularny obiad :). Na patelni pryska tłuszczyk, wcześniej obierane, o ile dobrze pamiętam, przez Samuraia, kartofelki już dochodzą, na stole stoi duża micha sałatki... :)

       Od czasu do czasu wychodziłem sobie na zaplecze partyplace, bo tam atmosfera była nieco spokojniejsza i można było sobie bez wrzasków pogadać z ludźmi... Tymczasem na głównej sali karierę zrobił nasz flecista Pinokio, inicjując crazy-compo pod tytułem: "Kto najlepiej zagra melodię z SELF TESTu na fujarce" (znalezionej przez niego w partyjnej kuchni ;)) ... Hmm.... chyba jako jedyny chwyciłem wtedy za flecik i męczyłem ludność bezskładnymi gwizdami, aż nauczyłem się to zagrać. :) Tak się tym zmęczyłem, że zauważył to nawet Elkabato i poczęstował mnie Pizzą Opalenizzą :) Thx!

       W podobnej atmosferze czas upływał aż do ósmej, kiedy przyszedł Vasco i zaczęło się kompletowanie materiałów na kompoty, na które przyszło nam czekać jakieś dwie godzinki. W tym czasie odbył się na bigscreenie turniej River Raida (oczywiście na blaszanym laptopie, jakżeby inaczej?), chociaż Vasco oficjalnie zapowiedział, że dopóki partyplace nie będzie posprzątane, to nie będzie kompotów. Eee tam... Skosił trzy patole za wejściówki, to może sobie zamówić ekipę Hygienist Manager'ek. ;) - z takiego założenia wyszła większość ludzikow, bo Vasco został "delikatnie" ;) upomniany, a zabawa trwała nadal. :)

       Potem grupka partyzantów katowała mikrofon, a ja tymczasem zdążyłem się nauczyć odbijać piłeczkę pingpongową, a to wszystko dzięki cierpliwości XI, który jako jedyny nie poddał się, kiedy dwudziesty raz z kolei musiał biegać za nią po moim serwie. :) Dzięki! Kompot na stół!

       Parę minut po dziesiątej zaczęły się długo oczekiwane "kompetycje". Vasco rozdał votki i po paru (dość długich) chwilach cała scenowa banda rozsiadła się po wszystkich kątach sali. Odpalono MegaPlayera 1.6 i zaczęło się msx-compo. Oczywiście nie obeszło się bez komplikacji. Dzięki temu, że mój utworek ma chwilami co innego na lewym, a co innego na prawym kanale, wyszło na jaw, że modułki były odpalane na mono, chociaż w regulaminie wyraźnie stoi, że będzie stereo.

       Scream zostało puszczone jeszcze raz ale Pinokio nie miał tyle szczęścia ze swoim soundtrackiem do Osadników, mimo że zaskoczył całą partyzancką brać zupełnym brakiem bębenków w swoim modułku. A szkoda, bo mnie się podobało. Prawie tak bardzo jak utworki Cubesa i X-Raya :) ... Ogólnie poziom prac był bardzo wysoki, za co wszyscy muzycy zostali uhonorowani jeszcze raz gromkimi brawami. :)

       Na mod-compo Pinokio miał już powody żeby się ostatecznie wkurzyć, bo wystawił trzy moduły, a compo zostało odwołane, bo flopka dała ciała :( Pinek zapowiedział, że się zemści wystawiając "15 h*.*wych modków na Laście". Chyba mu pomogę... ;)

       Na gfx-compo była tylko jedna praca, za to dzieło Dracona/Tqa przedstawiające karykaturę Va$konia zostało bardzo dobrze przyjęte. Z resztą - obejrzyjcie sami :) ...

       Kolejne ujemne punkty organizator dostał ode mnie, kiedy okazało się, że nasze z Mikerem intro nie zostało przez Vasca odnalezione na dyskietce i po prostu go nie będzie. Buuu... Teraz to ja się wkurzyłem i wystawię piętnaście lamerskich interek na LP :) Na 16K intro-compo pracę wystawił tylko Dodo/Satantronic i trochę się na tym przejechał, bo jego całkiem fajne interko miało 1KB, a takiej kategorii u nas niestety ni widu ni słychu... :( Niemniej jednak ludzikom się podobało.

       Zaraz potem nadszedł najważniejszy punkt każdego party, czyli demo-compo. Każda kolejna praca zaskakiwała czymś innym - a to Animkomials sparodiowali prace Gumi'ego i Krógera (Too Hard 3), a to Quasimodos pokazali, jak wygląda pokój na ziemi (Pacem In Terris) ... Ale tego, co działo się, kiedy na bigscreenie ukazywały się kolejne efekty dema Taquartu - NUMENa nie da się opisać. Wszystkich zatkało - Atarowcy stwierdzili, że to 200% możliwości kompa i nic więcej nie da się wycisnąć; komodziarze, których też na party nie zabrakło, już zaczynali wpadać w kompleksy (hey Biter!). I na koniec długie brawa na stojąco. Całkiem zasłużone. Potem dema zostały odpalone jeszcze raz - dwa pierwsze poszły chyba tylko dla zasady, ale przy NUMENie nikt nie mógł oderwać oczu od ekranu...

       Nasycona wrażeniami wiara rozpierzchła się po zakamarkach partyplace, z przejęciem komentując to, co można było zobaczyć na demo-compo. Miałem tyle szczęścia, że udało mi się zamienić parę słów z twórcami cudu pt. "Numen", głównie z Draconem. To lubię. Wystarczy raz przyjechać na party i od razu człowieka takie zaszczyty spotykają... Dzięki Wam, ludziki! :)

       A ludziki zaczynały się już niecierpliwić, bo niektórym się spieszyło do domciów, a Vasco się ociągał z licze niem votek...

       Tymczasem na zapleczu partyplace trwała zawzięta dyskusja Bustera i epi'ego, z której w końcu i tak nic wielkiego nie wynikło ale za to bułka z serkiem topionym Hochland Paprykowy rulez!! ;)) W pewnym momencie dyskusję ośmielił się przerwać organizator, mówiąc, że być może zaraz będzie jakieś ognisko, ale kiedy tylko zaoferowaliśmy pomoc w organizacji, natychmiast odwołał to, co powiedział. Wasko ma teraz na pieńku z przedstawicielami Stowarzyszenia Miłośników Ogniska... ;))

       Na bigscreenie znów zawitał obraz z Dreamcasta, na którym grupa uparciuchów (jak zwykle tych samych; często mających mocne powiązania z grupą New Generation... ;P) rozgrywała emocjonujące (jak dla kogo) pojedynki...

       W końcu zachciało mi się spa... a... aa... aać... (znowu ziewam... hehe) Tym razem znalazłem sobie wygodniejsze miejsce, bo na skraju sceny ktoś zostawił mięciutkie posłanie i podusię i wcale nie miał zamiaru go pilnować. Wyciągnąłem się więc wygodnie i na chwilkę uciąłem komara ;) ...

       Zgadnijcie kto mnie obudził... To oczywiście Vasko: "Hej! Nagrody wygrywają, a nic ich to nie interesuje, bo śpią...". A co mam robić o piątej nad ranem? Tylko sześć razy w życiu o tej porze nie spałem... Dopiero po kilku godzinach dotarło do mnie, że te gry i otwieracz z logo Atari dostałem za czwarte miejsce w msx-compo. Łaaał!! ("zawieśniaczył sobie Puchatek ;))") Robi się pusto...

       Około szóstej z party-place wybyła największa grupka partyzantów, osobiście poszedłem na dworzec (naturalnie w klapeczkach) razem z Pasiem i Voyem, dzięki czemu już nauczyłem się drogi od dworca do Taklamakanu na pamięć. Po dokładnej analizie doszedłem do wniosku, że jest ona nadzwyczaj nieskomplikowana: prawo, lewo, i cały czas w prawo... egnając wsiadających do pociągu do Poznania zacząłem oddalać się jak najszybciej w kierunku powrotnym, bo było taaak pieeekieelnie ziiimnooo (hmm... coś mi tu nie gra...)

       Po powrocie na partyplace zastałem sporą grupkę ludzików stłoczonych wokół Waskowego g rzyba, gdzie palono kompakty :) , masę ludności chrapiącą w różnych zakamarkach sceny i jakąś parę oglądającą "Metropolis" na bigscreenie...

       Później graliśmy z Dracon__-em (__ czyli nie tym z TQA) i Elkabato w pingponga, ale kiedy piłeczka na chwilę stała się out of sight, gra została przerwana. Nie na długo... Po chwili do akcji wkroczyła kulka od myszki, a następnie piłka nożna, zaś za paletki raz robiły stoły, innym razem ławka lub mównica i tak czwórka maniaków rozegrała debla. Mieliśmy szczęście, chwilę po przerwaniu gry na salę wpadł Vasco: "eee... czemu ten stół taki zdemolowany?"

       I tym sposobem... dobrnąłem już prawie do końca mojej bytności na Lecie Ludziqff, ale... to jeszcze nie koniec... bo...

       Pociąg mieliśmy około jedenastej, więc jakieś pół godzinki wcześniej wyszliśmy na stację, żegnając tych nielicznych, którzy zostali na sali, a już nie spali (ale mnie wzięło na rymowaie ;)). Była nas dość spora ekipa i nie pytajcie nie z kogo się składała bo już po prostu nie pamiętam ... z resztą... kogo by to obchodziło? W drodze na dworzec przechodziliśmy obok cmentarza i wtedy przez rozmowę zaczęły przewijać się myśli, że może by tak stworzyć Aleję Zasłużonych Atarowców na jakimś cmentarzu (jakiś to zapewne ten w Opalenicy) ... ;) A potem jeszcze, żeby budować domy z 65536 cegieł, a każda miałaby osiem otworków... coś jak pamięć Atarki. :) Do tego 6502 dachówki, 16 okien i tym podobne bzdury. Bzdury, ale fajne... No nie? :)))

       Na stacji trzeba było kupić bilety, a znając roztargnienie pani w kasie, chcieliśmy jej to maksymalnie ułatwić. Niestety pewne "miłe panie" stojące w kolejce razem z nami skutecznie nam to zadanie utrudniały... ;)

       Pociąg (pospieszny) przyjechał (o dziwo) punktualnie, szybko więc wpakowaliśmy się do środka i rozłożyliśmy się w przejściu, skutecznie uniemożliwiając kanarom wykonywanie obowiązków służbowych, przez co mieliśmy drobne wyrzuty sumienia: "po cholerę ja kupowałem ten bilet?!" ;)

       Skład grupki, która pozostała po wysiadce w Poznaniu już pamiętam. A więc uwaga, uwaga... byli to: Pinokio, Nietoperek, Adept, Dracon__, Lizard z kobietą... no i epi, czyli ja.

       Na dworcu w Pozen mieliśmy prawie dwie godzinki czekania, więc wpadliśmy do jakiegoś... bufetu(?) na małą "zagrychę". Tuż przed przyjazdem pociągu siedzieliśmy już na walizkach na dworcowym "deptaku" :) żeby tylko jak najszybciej dobiec do niego, ubiegając tym samym stłoczoną wokół nas gawiedź wracającą z Łótsztoku. Udało się, znaleźliźmy dwa przedziały, w których były jakieś wolne miejsca. Zostawiliśmy więc Lizarda na dworcu (nie dał się skusić nawet na wódeczkę, kiedy Pinokio z Nietoperkiem zaczęli mieszać drinki ;)) i za kilka minutek odjechaliśmy w siną dal...

       Niedługo potem znalazły się jeszcze trzy wolne miejsca i cała ekipa "południowców" (proszę żadnych skojarzeń z usa i jakąś tam wojną secesyjną, oki?) znalazła się w jednym przedziale. Jak się później okazało zdejmowanie butów nie było konieczne, aby wykurzyć jeszcze jedną osobę z tego przedziału. Wystarczyło zacząć rozmowę na temat "Atari wokół nas" :) i od razu zrobiło się jakoś luźniej ;)

       I tak sobie rozmawiając dotarliśmy do Katowic, gdzie pożegnaliśmy kolegę Dracon__a i spoglądając na zegarki już cieszyliśmy się, że niedługo staniemy na krakowskim dworcu i zawieziemy tyłki prosto do chatek...

       Ale los oczywiście miał wobec nas inne zamiary... Kawałek za Sosnowcem. Las. Pociąg staje. Dobra... za chwilę ruszy. Pewnie przepuszcza jakiś expres... Eee... gdzie tam! Minęła godzinka, ludzie zaczęli już to łazić do lasu, to wyłazić na tory... A najgorsze było to, że zapasy już nam się kończyły... zostało tylko trochę wódeczki i jedno, w dodatku ciepłe, piwko... i nawet nie można było się zwyczajnie normalnie legalnie załatwić :( ... Wtedy dowiedzieliśmy się, że urwał się pantograf... Za to odpowiednio wyżyliśmy się na taborze kolejowym oraz miłej pani w mudnurku i równie uprzejmym panu z teczką i lizakiem :) i bynajmniej nie marnowaliśmy czasu postoju (prawie dwie godziny) na byle co, bo w międzyczasie powstało kilka niezłych teoretycznych projektów :) mających całkiem realne podstawy...

       Żeby tego było mało, to gdzieś na wysokości Krzeszowic pociąg zatrzymała banda dresików, a to nie było nam specjalnie w smak... Wiadomo, wejdzie taki, wp*.*li paru gościom, wyjdzie... i już ma radochę, bo co mu mogą zrobić? Po tym drobnym incydencie przypomniało nam się prawo serii (czarnej) i zaczęliśmy snuć przypuszczenia, cóż spotka nas na dworcu...

       Na szczęście Kraków Główny przyjął nas bez żadnych problemów, no może poza tym, że tak ja, jak i Nietoperek nie mieliśmy już perspektyw na dojazd do domów. Wiadomo - niedzielny wieczór (chyba było jakoś po dziesiątej...), to autobusów nie ma... A my raczej nie z centrum. Nietoperek jakoś sobie poradził, Pinokio dojazd miał raczej łatwy, Adept - zasadniczo dwa kroki... No a ja? Rodzinka po weselu więc pewnie śpi i przetrawia promile, za pomocą MPK przejadę najwyżej pół drogi do domu, a następny pociąg w okolice mojego osiedla (a raczej wiochy) odchodzi jutro koło południa... Ale od czego są przyjaciele! Dowieźliśmy się z Pinokiem do jego chatki jednym z ostatnich autobusów 502, a stamtąd Pinek odstawił mnie do domku swoją limuzyną marki 126p i tym sposobem o północy byłem już u siebie... Party, party i po party.

       Jak się okazało, staruszkowie byli całkowicie trzeźwi, ale za to tatko "trochę" się rozchorował... W każdym razie atmosferka była t rochę lepsza niż przed wyjazdem.

       A ja? Wpadłem do swojego pokoiku, natychmiast rozpakowałem kompa, podłączyłem co trzeba i już chcę odpalić stuff z party, a tu LiPA... bo miałem to na zwalonej dyskietce (wiadomo - od grzyba...) i z oglądania nici...

       Ale co to dla mnie! Następnego dnia rano (tzn. tak gdzieś po pierwszej ;)) wyskoczyłem do słynnej cafee internet Metro w Swoszowicach (o dziwo było pusto...) i włażę na #atari8, forum atari-area i wszystkie inne ważne dla Atarowców miejsca, szybko ściągnąłem co trzeba (aż mi na dysku brakło miejsca... cóż... 202MB i ani bitu więcej :(), obgadałem sprawę sprzedaży nieużywanej przeze mnie Ataryny Adeptowi, podzieliłem się wrażeniami z party z resztą obecnych na sieci... i wróciłem zadowolony do chatki...

       epi-log - to mój ulubiony fragment. Zgadnijcie dlaczego ;)))) Eee... to za łatwa zagadka.

       Na koniec wypadałoby napisać coś bardziej ogólnego, bo tyle się naprodukowałem, a właściwie nic z tego nie wynika... Ale taki już jestem... Może zbyt szczegółowo... Sorrki, ale to moje pierwsze party i każde, nawet najmniejsze zdarzenie ma dla mnie duże znaczenie. Obiecuję się poprawić. :)

       A coś ogólnego? Nigdy nie sądziłem że parę dni potrafi odmienić życie człowieka... Od razu uznałem, że mam udane wakacje i poczułem się duuużo szczęśliwszy. A kto nie był - niech żałuje! Tym tekstem sypała znaczna część obecnych na LL 2k2 ...

       I to już chyba wszystko. Prawie... Chciałbym przesłać duże pozdrowionka specjalnie dla wszystkich, dzięki którym na pewno przez długi czas będę bardzo pozytywnie wspominał pobyt na party, oraz (troszeczkę mniejsze) dla tych, którzy niestety nie zaszczycili Waskownicy swoją obecnością. Gtx 2 U all! - niech żyją skróty ;)

       Nie mogę się doczekać następnego party... Mam nadzieję, że uda mi się wyskoczyć na Lasta...

       I jeszcze raz pozdrówka, tym razem dla wszystkich, którym starczyło bezcennej cierpliwości na doczytanie do tego momentu (jeśli i Tobie się to udało, to gratuluję - jesteś prawie tak samo stuknięty, jak ja!! ;P)

       Do następnego spotkania na łamach Seriousa, (a może jakiegoś innego zina),

epi/Allegresse^(reszta_to_zmyła) ;)