Spotkanie na szczycie


      Ojciec Święty, głowa wszystkich katolików na Ziemi i biskup Rzymu, ze zdumieniem spoglądał na obcego, który w milczeniu stał po drugiej stronie ciemnego błyszczącego biurka.

- Kto pana wpuścił? - spytał trochę niepewnie.
- Nikt! - odparł obcy bez cienia wachania, a wokół kącików jego ust igrał leciutki uśmieszek.
- Kłamie pan. - powiedział Ojciec Święty nienaturalnie twardym tonem, a jego prawa dłoń powoli sunęła w stronę przycisku alarmu.
- Nie chciałby się pan najpierw dowiedzieć, co mam panu do zaproponowania? - spytał z uśmiechem obcy.

Z jego niezwykle ciemnych oczu emanowało coś dziwnie przyjaznego, a jednocześnie zniewalającego. Papież zawahał się.

- A co takiego chce pan zaproponować?

zapytał w końcu, starając się nadać głosowi ton łagodności. Jego palce leżały już na przycisku alarmu. Mógł go nacisnąć w ułamku sekundy.

- Maszynę czasu - odparł swobodnie obcy.

W żadnym razie nie wyglądał na przestraszonego, raczej na rozbawionego.

- To chyba najgłubsza rzecz, jaka mogła panu przyjść do głowy - stwierdził papież z uśmiechem. Maszyny czasu to wymysł nadwyrężonych mózgów.

A po kilku sekundowym namyśle dodał:

- No cóż w Piśmie świętym występują opisy efektów przesunięcia czasu, na przykład w historii proroka Jeremiasza i jego młodego przyjaciela Abimelecha. Ale tam efekty te są wynikiem działania Boga Wszechmogącego. Kiedy tak na pana patrzę, nie wygląda mi pan na anioła.

Papież spojrzał na obcego nieomal ze współczuciem. Rzeczywiście obcy wyglądał dość osobliwie. Miał czarną skórę, około dwudziestu pięciu lat,metr dziewięćdziesiąt wzrostu i kręcone włosy, jak każdy Murzyn. Mógł pochodzić na przykład z Senegalu, gdyż jego skóra była czarna jak sadza. Najdziwniejsze wrażenie sprawiała jego odzież. Miał na sobie czarne buty, czarne skarpetki, czarne spodnie, czarną koszulę i elegancko skrojoną czarną marynarkę z szerokimi klapami. Czarny w czerni. W bardzo sympatycznej twarzy błyszczały białe zęby jak dwa sznury egzotycznych pereł.

- Czy uwierzy mi pan, jeśli na pana oczach rozpłynę się w powietrzu i po piętnastu sekundach zmaterializuję ponownie? -spytał obcy z uprzedzająco grzecznym uśmiechem.

Ojciec Święty zaczerpnął głęboko powietrza. Bóle nerek znowu dawały mu się we znaki.

- Piętnaście sekund? - upewnił się ironicznie. - Tyle mogę panu dać.

Obcy bez pośpiechu sięgnął do lewej zewnętrznej kieszeni marynarki i wydobył z niej płaski, błyszczący przedmiot. Był on większy od porfela, ale wyglądał na zrobiony z jakiejś ceramiki lub metalu.

- To maszyna czasu - uśmiechnął się pojednawczo. - Proszę patrzeć prosto na mnie. Kiedy zniknę, niech pan łaskawie obserwuje sekundnik swojego zegarka.

Następnie przycisnął matowo połyskujący przedmiot do prawej skroni... i już go nie było. Jego Świętobliwość zdumiał się tak bardzo, że zapomniał patrzeć na zegarek. Kompletnie zaskoczony podniósł się z miejsca, obszedł naokoło swoje ogromne biurko i zaczął się rozglądać po wszystkich zakamarkach gabinetu.

- Halo, już jestem! - wesoło zawołał obcy, chowając płaski przedmiot z powrotem do kieszeni marynarki.

Stał teraz za biurkiem, tuż obok fotela Ojca Świętego. Papież, ciężko dysząc, oparł się obiema rękoma na blacie biurka, mamrocząc pod nosem słowa jakiejś łacińskiej modlitwy, a następnie wysapał:

- To jakiś trik. Pan mnie zahipnotyzował.
- Ależ skad! - zaśmiał się obcy z wyrzutem, potrząsając czarną głową.
- Jako przywódca religijny powinien pan przecież polegać na swoich zmysłach, nawet jeśli są już słabe.

Papież usiłował pozbierać myśli. Jeśli to wszystko nie było trikiem, to niewątpliwie stoi za tym diabeł... albo też obcy był posłańcem, aniołem Pana Boga. W końcu aniołowie ukazali się także Abrahamowi, Noemu i Dziewicy Maryi.

- Kto pana przysłał?
- Przychodzi pan od Boga Wszechmogącego czy od jego rywala?
- Nie jestem ani aniołem, ani diabłem, tylko człowiekiem jak pan - odpowiedział miękko obcy - Przybywam z przyszłości.

Papież z trudem zachował zimną krew. Wreszcie powiedział:

- Wie pan, mam pewne problemy ze zdrowiem, czy mógłby... - wskazał na przycisk interkomu na małym stoliku obok biurka.
- Ależ oczywiście! - roześmiał się obcy, wykonując zapraszający gest.

Ojciec Święty nacisnął przycisk i poprosił o przyniesienie lekarstwa, następnie zaproponował obcemu coś do picia i usiadł przy wielkim ciemnym dębowym stole w rogu przestronnego gabinetu. Weszła starsza wiekiem zakonnica ze zdumieniem spojrzała na obcego, nie odważyła się jednak o nic zapytać. Kiedy podano herbatę, a papież wypił jakąś czerwoną lurę, stwierdził z ulgą:

- No już mi lepiej. Wie pan, od czasu tego zamachu jestem trochę nieufny. Bo i jak tu mieć zaufanie do kogoś, kto, jak pan, przedostał się tutaj mimo gwardii szwajcarskiej? Zdaje pan sobie sprawę, że po naszej rozmowie zostanie pan aresztowany, jeśli się za panem nie wstawię?

Murzyn pokręcił głową, uśmiechając się łagodnie.

- Na pewno do tego nie dojdzie. Widział pan przecież przed chwilą, jak zniknąłem. Przekonujące prawda?
- To był zwykły trik, którego nie uda się panu powtórzyć - odparł dobrotliwie Ojciec Święty.

Obcy spojrzał na papieża z politowaniem, a potem powiedział z namysłem, ale i pewną stanowczością:

- Jesteśmy pierwszym pokoleniem. które opanowało tajniki maszyny czasu działającej tam i z powrotem. Nasz najznakomitszy profesor Clarke, przed kilku laty teleportowal się w przyszłość. Myśleliśmy już, że nie wróci, ale pewnego dnia pojawił się jednak, przynosząc ze sobą to.

Obcy położył na s:ole prostokątny, błyszczący przedmiot.

- Obsługa jest dziecinnie prosta - ciągnął z lubością.
- Widzi pan tych sześć mikroskopijnych otworków? Ostrym metalowym sztyfcikiem może pan nastawić. poczynając od lewej, liczbę lat, miesięcy, dni, godzin, minut i sekund. Wystarczy lekko nacisnąć. Tu u góry widać co się zaprogramowało.

Obcy szybko, raz za razem, wsunął w otworki niewielki sztyfcik. Na górnej krawędzi dziwnego przedmiotu pojawiły się liczby 112, 8, 14, 3, 6, 14.

- To czas, z którego przybywam: 112 lat 8 miesięcy, 14 dni, 3 godziny, 6 minut i 14 sekund, licząc od teraz.

Obcy zamilkł, a papież pogrążył się w zadumie. Po chwili rzekł z namysłem:

- Cóż, muszę przyjąć, że jest pan agentem któregoś z mocarstw. Z pańskiej techniki nic nie rozumiem. Niezapowiedziana audiencja właśnie dobiegła końca.

Papież szybko nacisnął guzik alarmu i podniósł się z miejsca.

- Jeszcze tylko jeden drobiazg - rzucił obcy z uśmiechem wyższości. Aby uruchomić maszynę czasu, musi pan przyłożyć ten przedmiot do prawej skroni. Impuls wyzwalający stanowią prądy mózgowe. Współrzędne są już nastawione.

Jeszcze mówiąc te słowa, obcy sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyjął z niej drugi błyszczący przedmiot. Na sekundę, przed tym, jak do gabinetu wpadli gwardziści, przyłożył go do prawej skroni... i zniknął.

Ojciec Święty stał przy biurku kompletnie zdezorientowany. Krople potu zrosiły jego pomarszczone czoło. Czterej gwardziści rozglądali się bezradnie po pomieszczeniu, na koniec zaczęli rozgarniać ciężkie aksamitne kotary i szturchać pod meblami. Wreszcie papież przeprosił strażników stwierdzając, że widocznie nacisnął guzik alarmu przez pomyłkę. Kiedy gwardziści opuścili gabinet, Ojciec Święty przywołał jeszcze na chwilę młodego oficera, wziął do ręki błyszczący przedmiot, który cały czas leżał na stole i poprosił:

- Czy zechciałby pan przyłożyć ten przedmiot do skroni?

Zaskoczony oficer spełnił prośbę Ojca Świętego, patrząc nic nie rozumiejącym wzrokiem, a po chwili wzruszył ramionami i powiedział krótko i zwięźle:

- Nic nie słyszę.
- Proszę mi to dać - poprosił papież zmęczonym głosem i powodowany jakimś mimowolnym impulsem przyłożył przedmiot do prawej skroni.

Ostatnie , co ujrzał to okrągłe ze zdumienia oczy i rozwarte usta gwardzisty.

  

      Tego dnia, w samym środku Jerozolimy, będącej centrum religii żydowskiej, wydarzyło się niemalże to samo. Chociaż religia żydowska nie zna w zasadzie żadny1h władz kościelnych w zwykłym sensie tego słowa, to jednak naczelny rabin Jerozolimy uznawany jest za najwyższy autorytet dla Żydów całego świata. Kiedy rozpływał się w powietrzu, nikogo przy nim nie było. Zupełnie inaczej miała się rzecz w Mekkce, w Arabii Saudyjskiej. Iman z plemienia Koraisz, najwyższa instancja religijna dla wielu milionów wyznawców islamu, a zarazem prawdziwy namiestnik ( kalif ) prawodawcy Mahometa, zniknął na oczach czterech mułłów i wysokiego urzędnika królewskiego. Szok imama trwał krótko, przez kilka sekund wydawało mu się, jakby spadał w dół przez niekończący się szyb, by zaraz zostać wessanym przez potężny odkurzacz. Potem poczuł pod stopami ziemię, otaczał go jasny blask, a skądś dobiegały hałasy i stuki. Pierwsza myśl, jaka przyszła imamowi do głowy, to śmierć. Pewnie miał zawał albo udar mózgu. Szybko jednak zorientował się, że żyje. Znajdował się w niewielkim, pozbawionym okien pomieszczeniu - światło brało się nie wiadomo skąd. Zdumiony imam zaczął się szczypać w ręce i w policzki. Gdzie on jest? Czyżby Allah powołał go do siebie? A może... - tej myśli nie chciał rozwijać - wpadł w pułapkę Szatana?

Nagle ściany pomieszczenia znikneły, jakby rozpłyneły się w powietrzu. Imam rozejrzał się niepewnie na około. Znajdował się teraz w niewielkiej sali. Pośrodku stał trójkątny stolik mlecznego koloru, przy każdym z trzech boków stał niebieski fotel. Stół był nakryty na trzy osoby, stały na nim cztery butelki różnych napojów. Obok stołu leniwie kręcił się wokół własnej osi wielki globus. Temperatura była przyjemna, powietrze lekko pachniało ozonem. Immam z wahaniem postąpił kilka kroków, kiedy ponowie usłyszał hałasy i stukania, które dobiegły go już w momencie przybycia. Pewnie dochodziły z jakiegoś sąsiedniego pomieszczenia.

- Halo, jest tam kto? - zawołał odważnie.

Hałas momentalnie ucichł i w tej samej sekundzie nie sposób było nadążyć za tym ruchem w ścianie utworzyła się szczelina. Za nią stał spocony staruszek w koszuli z podwiniętymi rękawami i rozpiętym kołnierzykiem.

- Przecież ja go znam - przebiegło imamowi przez głowę, ale jednak nie mógł uwierzyć w to, co podpowiadała mu pamięć. Znał papieża ze zdjęć w pełnym stroju - człowiek w koszuli z podwiniętymi rękawami był wprawdzie zdumiewająco do papieża podobny, ale przypominał raczej robotnika.

Obydwaj mężczyźni patrzyli na siebie i zanim imam zdążył wyrzucić z siebie potok arabskich słów, ten drugi otarł ręką pot z czoła i powiedział po angielsku:

- Chyba lepiej będzie od razu zgodzić się na angielski.
- Czy jest pan tym, kim myślę, że pan jest? - spytał imam opanowanym tonem.
- Yes. Jestem głową Kościoła rzymskokatoliciego. Z kim mam przyjemność?

Imam zdumiewająco szybko odzyskał rezon:

- Ja jestem głową islamu, imam Ali Muhammed Yussuf ben Ibrahim... dajmy lepiej spokój... z Mekki. Gdzie my jesteśmy?
- Nie mam pojęcia! - odparl papież. Padłem ofiarą manipulacji technicznej.

Postąpił krok w stronę imama, wyciągając do niego dłoń. Imam się zawahał:

- Pan i pańskie zakony na pewno nie macie nic wspólnego z tym, jak by to nazwać, przeniesieniem?

Przełożony Kościoła katoliciego zmęczonym ruchem pokręcił głową.

- Gdybym wiedział, jak się tu dostałem, nie próbowałbym przecież wybić dziury w ścianie.
- Jak długo już pan tu jest?
- Myślę, że z dobrą godzinę. Ten budynek to prawdziwe więzienie. Żadnych okien ani drzwi, chyba, że same otwierają się w niesamowity sposób. Waliłem we wszystkie możliwe miejsca. Najpierw pięściami, potem butem. Nic się nie da zrobić.
- Niepojęte! Niewiarygodne! - mruczał imam, dodając jeszcze kilka słów po arabsku. Następnie ujął dłoń papieża ze słowami:

- Chyba jednak będziemy musieli współpracować!
- Proszę bardzo, ale widzę, że nakryto dla trzech osób. Spodziewa się pan kogoś?

Z pewną rezerwą obaj niezrównani książęta religii siedli do stołu. Obydwaj pogrążyli się w myślach. Nagle tylna część pomieszczenia zaczęła migotać i zmaterializowała się tam brodata postać w czarnej czapeczce z tyłu głowy. Jedną ręką postać zakrywała sobie oczy jakby nie chciała nic widzieć.

- Witamy! Papież i imam niemal równocześnie skineli głowami.
- Zgodziliśmy się już, że będziemy rozmawiać po angielsku. Zechce się pan przysiąść?

Brodacz odjął rękę od oczu. Po jego reakcji widać było, że natychmiast rozpoznał obu siedzących przy stole.

- Nie! Nie! - wykrzyknął, potrząsając głową i znowu zakrywając oczy. To niebo czy piekło?

Imam odchrząknął:

- Piekło raczej nie. Ktoś zaprosił nas na kolację! Proszę siadać i zaakceptować rzeczywistość. Wy, Żydzi, jak dotąd raczej nie mieliście z tym problemów!

Z głębokim westchnieniem brodacz zajął miejsce przy stole.

- Pan jest najwyższym imamem z Mekki, prawda? A pan papieżem z Rzymu? Ja jestem naczelnym rabinem Jerozolimy.
- doborowe towarzystwo - mruknął papież.
- Teraz zostaje nam tylko dowiedzieć się, kto nas tu zaprosił.
- Chciałbym wiedzieć, który z was zorganizował to... hm... spotkanie - zaczął rabin.
- Zostałem uprowadzony z mojego biura w samym środku bardzo ważnych zajęć. Moii współpracownicy na pewno dawno już podnieśli alaram.
- O czyżby? - zakpił imam.
- A ja zniknąłem w obecności pięciu osób. Jak się panu zdaje, co się w tej chwili dzieje w pałacu w Mekkce?

Imam i rabin spojrzeli wyczekująco na papieża.

- Bardzo przepraszam, drodzy panowie, ale nie mam z tym nic wspólnego. Pojawił się u mnie pewien Czarny. Czarniejszy niż czarny. Mówił coś o maszynie czasu, a ja, słaby człowiek, posłużyłem się nią bez głębszego zastanowienia.

W toku rozmowy okazało się, że ten sam Murzyn pojawił się także u rabina. Imam stwierdził, że wydawało mu się, jakby jakaś czarna postać wynurzyła się z Nicości i przyłożyła mu coś do skroni. Kiedy tak trzech niezrównanych starców rozmawiało ze sobą, nad blatem stołu coś zamigotało i niespodziewanie zmaterializowały się tam trzy dymiące patelnie, a na nich rozmaite jarzyny, ziemniaki i trzy rodzaje ryby. Stosownie do gustu, przyrządzone według tradycji danego kraju. Panowie obsłużyli się w milczeniu, po czym Ojciec Święty skłonił głowę i zaczął mamrotać łacińskie formułki.

- Do jakiego Boga się pan modlił? - spytał imam z wahaniem dotykając ramienia papieża.
- Do... - papież przesunął wzrokiem po obecnych. Do naszego Boga. Czyż nie wszyscy mamy na myśli tego samego?
- Nie całkiem - wtrącił naczelny rabin.
- My jesteśmy narodem wybranym.
- Stara śpiewka - zauważył kąśliwie imam.
- Czy wy nigdy nie zrozumiecie, że wielu ludzi dlatego was nie lubi, bo zawsze uważacie się za coś lepszego?
- Ho, ho, ho! - huknął niegrzecznie naczelny rabin. To przecież wy uprawiacie tę waszą agresywną politykę i wychowujecie fanatyków religijnych! To przecież wy chcecie narzucić reszcie świata waszą wiarę!
- Jest faktem, że mahomet - chwała mu, był ostatnim prorokiem, jakiego zesłał Allah - powiedział chłodno imam, patrząc swemu oponentowi prosto w oczy. - A więc my, muzułmanie, uważamy naszą wiarę za najnowszy stan woli Allaha...

Imam nie zdążył dokończyć, bo nagle w pomieszczeniu pojawiły się wielkie trójwymiarowe obrazy. Przedstawiały one kulę ziemską, a wokół niej krążyły osobliwe twory: wielopiętrowej wysokości statki kosmiczne z dziwacznymi nadbudówkami, groźnie wyglądającymi występami i zakamarkami. Niby drobne owady mniejsze obiekty przybijały do wielkich, znikały w jasno oświetlonych korytarzach lub grupowały się w nowe formacje. Kamera wniknęła do wnętrza kosmicznego osiedla. Trzej przywódcy Kościołów ze zdumienem patrzyli, jak ludzie o różnych kolorach skóry ścigają się biegiem w wielkim basenie. Ich stopy poruszały się po nieokreślonej cieczy, która wydawała się miękka, a jednak nie pozwalała im zatonąć. Wyścigi w basenie były widać jakąś dyscypliną sportową. Od czasu do czasu fale cieczy podnosiły się, biegacze wypadali ze swoich torów, przewracali się a potem znów się podnosili. Inna kamera pokazywała wnętrze wysokiej wieży, w której ludzie unosili się w powietrzu z szeroko rozpostartymi ramionami. Przypuszczalnie w wieży istniało różne pole grawitacyjne,ponieważ niektórzy z ludzi tańczyli w powietrzu pełnymi gracji ruchami, inni spadali pionowo w dół, by potem zatrzymać się i poszybować w górę. Następnie utworzył się jeden wielki obraz wypełniający pół pomieszczenia. Wielotysięczny tłum ludzi jak pod wpływem zagadkowego rozkazu uklęknął na ziemi. Biegacze uklękli na swojej cieczy, fruwający w wieży pochylili głowy, widzowie uklękli tam, gdzie stali, na przebitkach widać było mniejsze i większe drużyny sportowców, każda klęczała na swoim miejscu ze złożonymi rękoma. W sekundę później rozbrzmiała muzyka. Dochodziła ze wszystkich stron, początkowo miękka i łagodna, później coraz głośniejsza, wzbierająca w jeden wielki chorał. Wydawało się, jakby w utworze tym brały udział wszystkie instrumenty, jakie kiedykolwiek powstały na Ziemi.Klęczący ludzie zaczeli śpiewać i chociaż żaden z trzech dostojników kościelnych nie rozumiał ich języka, to jednak wszyscy byli do głebi poruszeni.Dźwięki muzyki i śpiewu wypełniły pomieszczenie, wibrowały niespotykanymi interwałami i tonacjami, przenikały każdą komórkę ciała, napełniały umysł uczuciem niewypowiedzianej podniosłości. Zupełnie jakby się umówili, trzej przywódcy religijni podnieśli się ze swoich miejsc. Nie skłonił ich do tego żaden przymus, żadna hipnoza, był to tylko i wyłącznie wynik wewnętrznego poruszenia. Kamery ukazywały twarze pojedyńczych ludzi, potem znów Kosmos, gdzie ukazał się jakiś rozmyty geometryczny kształt. Papież Kościoła rzymskokatolickiego ukląkł, złożywszy dłonie do moditwy, imam z Mekki padł na twarz z dłońmi odwróconymi ku górze, a rabin z Jerozolimy skrzyżował ręce na piersi i pochylił się w głębokim ukłonie. Z wielką czcią i przejęciem każdy z nich modlił się do swego Boga. Kiedy ludzie, widoczni w trójwymiarowej projekcji, podnieśli się z klęczek i powrócili do pracy czy zajęć sportowych, podnieśli się także trzej przywódcy religijni. Potem, zupełnie jakby był to jakiś uzgodniony wcześniej ceremoniał, w milczeniu ujeli się za ręce, nawet nie zauważając z początku, że w pomieszczeniu jest jeszcze czwarta osoba: znany im już Murzyn.

- Jak sądzicie, panowie, jak zareagują wyznawcy waszych religii, kiedy opublikujemy zdjęcia ukazujące waszą wspólną modlitwę oraz przyjazny uścisk.

Przywódcy Kościołów z ociąganiem rozłączyli splecione palce. Jako pierwszy przyszedł do siebie imam:

- Co to panu da?
- Mnie nic, ale za to ludzkości wszystko! - uśmiechnął się Murzyn.
- Energicznie protestuję przeciwko temu uprowadzeniu! - rzucił wściekłym tonem naczelny rabin. Żądam aby pan natychmiast odesłał nas z powrotem!
- Na pewno tak się stanie - uspokoił go przyjaźnie Murzyn. A protestować, panowie nie ma po co, ponieważ nikt nie zauważy waszej nieobecności. Odstawimy was z powrotem w tym samym ułamku sekundy, w którym was zabraliśmy. Zadowoleni?
- Przypuszczam, że nasze uprowadzenie ma jakiś określony cel - włączył się do rozmowy papież spokojnym i opanowanym tonem.
- Właśnie - powiedział Murzyn z uprzejmym uśmiechem. - Żyjecie panowie w roku 1995. My z przyszłości, wiemy, że w najbliższych latach pojawią się dowody na istnienie rozumnego życia poza Ziemią. A jeszcze kilka lat później nawiązany zostanie kontakt z istotami pozaziemskimi. Wkrótce potem na orbicie okołoziemskiej zaroi się od obcych statków kosmicznych. Widzieliście to, panowie, na naszym trójwymiarowym hologramie. Był to przekaz na żywo, transmitowany zaledwie kilka minut temu...
- Zaczynam rozumieć - powiedział papież
- Musimy się zgodzić na globalną religię...
- Na Allaha! - przerwal mu imam.
- Nie, na Jahwe! - zakrzyczal rabin.
- Ależ, drodzy panowie, bardzo proszę! - uspokajał Murzyn miłym uśmiechem. Czy Allah, czy Jahwe, Czy Pan Bóg, zawsze chodzi o jedno i to samo: O wielkiego ducha wiecznego Stworzenia. Do niego modlić się będą ludzie przyszłości, jego czcić będą żarliwie i z wdzięcznością. Widzieliście to przecież na własne oczy na trójwymiarowych obrazach, a nawet wspólnie z nimi się modliliście. Musicie się jakoś pogodzić nie ma innego wyboru. Jeśli tego nie uczynicie, bedzie to oznaczało nieuchronny zmierzch religii, którą reprezentujecie.

  

      Papież pojawił się ponownie w swoim gabinecie równie niespodziewanie, jak zniknął. Gwardzista gwardii szwajcarskiej zamrugał ze zdziwieniem powiekami, pokręcił głową i złapał się za czoło.

- źle się pan czuje? - spytał z uśmiechem papież.
- Albo miałem właśnie halucynacje, albo z moimi oczami jest coś nie w porządku.
- Jest pan przemęczony. Proponuje, aby wziął pan kilka dni urlopu i pojechał w góry - rzekł papież i uśmiechnął się dobrotliwie.

Kiedy gwardzista opuścił gabinet, Ojciec Święty z ciężkim westchnieniem odchylił się na skórzane oparcie fotela. Czy on też miał halucynacje? Spotkanie z imamem i naczelnym rabinem Jerozolimy... to przecież nie mogło być naprawdę! Papież przejechał dłonią po oczach i patrzył na papiery rozłożone na biurku. Dopiero teraz zauważył pewien przedmiot, którego wcześniej tu nie było. Sięgnął po niego z wahaniem. Była to srebrzyście połyskująca ramka, bardzo podobna do tych, w których trzyma się fotografie, tylko nieco grubsza. Najpierw z otwartymi ze zdziwienia ustami, potem z pełnym zrozumienia uśmiechem najwyższy dostojnik Kościoła rzymskokatolickiego wpatrywał się w zdjęcie. Był to hologram o żywych barwach, przedstawiający przyjaźnie objętych trzech przywódców Kościołów. Kiedy rozległ się dzwonek telefonu, papież instynktownie przeczuł kto dzwoni.

- It's me - powiedział donośny głos z arabskim akcentem. - Czy pan też ma na biurku trójwymiarowe zdjęcie?

Krótko potem to samo pytanie zadał naczelny rabin Jerozolimy.

  

Na podstawie fragmentu książki: "Dzień Sądu Ostatecznego trwa od dawna"

Erich Von Daniken'a