Jacek Trzmiel to nie Jack Tramiel!


      Kłania się Wam Mleko, bardzo zaskoczone mleko, gdy zauważył swój stary art. odnośnie historii zostania atarowcem, w ostatnim Serious'ie. Cieszy mnie fakt, ale jednocześnie nie zaskakuje, że redakcja chciałaby poznać trochę historii z życia Jacka Tramiela, uups.. znaczy - Jacka Trzmiela. Nie pletę bzdur, a w tytule też nic nie pochrzaniłem, bo choć wszyscy zdają sobie sprawę, że chodzi o jedną osobę, to tak naprawdę były to dwie osobowości. Jacek trochę przeszedł w życiu zanim stał się potężnym, bezwzględnym Tramielem znanym z słów: "Buissnes is war!" Taaak...

      Wybucha II Wojna Światowa, 19-sto letni Jacek, syn żydowskich sklepikarzy ucieka z Ciechanowa kierując się na południe Polski. Tuła się tu i ówdzie, by w końcu znaleść schronienie u moich dziadków w gospodarstwie rolnym we wsi Donatkowice (ok. 50km od Krakowa na południe). Pomaga na roli, w zamian ma wyżywienie i zapewnione przeczekanie bezpieczne wojny. Mój ojciec miał wtedy 23 lata, i od niego właściwie dowiedziałem się wszystkiego o Jacku, który mieszkał tam 2 lata począwszy od '42 roku.

      Jacek Trzmiel przeżył prawdobodobnie dzięki mojej babci, która lubiła sporo młodszych... Trzmiel, na przekór swego nazwiska był spokojnym chłopakiem który "brzęczał" od niechcenia. Miał typowo żydowską fizjognomię twarzy, choć przypominał wyrośniętego karła: pulchne policzki, specyficzne wargi i wysokie czoło, w ogóle miało to to spory łeb... "Lubił zeźryć", jak to mówiła moja babcia, ale przecież chłop musi dobrze zjeść. Zaraz potem nikli w stodole lub na strychu robiąc "porządki". Nie przejmujcie się moją babcią i jej moralnością - nie żyje od lat, he, he... Jacek był bardzo inteligentnym i rozsądnym młodzieńcem (jak wiemy, tak mu już zostało, w końcu przeszedł do Atari!). Czasami miał chwile zadumy, wyłączał się zupełnie z otoczenia i młucił dniami w stodole (pszenicę oczywiście) lub przesiadywał w szopie coś tam majsterkując. "Coś tam" bo mój ojciec, nigdy nie dowiedział się niczego, szopa była zamykana, stary opowiadał, że nieraz dostał po głowie za próby wtargnięcia. Gdy Trzmiel wyjeżdżał ojciec widział,że z szopy zabrał jakąś sporą walizkę a szopę najnormalniej spalił. Kto wie, może rzeźbił prototyp obudowy Atari w drewnie...

      Z tą szopą to naprawdę ciekawa historia... Ojciec mówił, że grzebiąc w niedopałkach znalazł jakiś dziwny podłużny przedmiot z uwypukleniem na końcu, a także kawałek niedopalonej kartki na której widniał napis: ATARI! Zachował obie te rzeczy na pamiątkę, taka niepoprawna sentymentalistyka... Spoko, spoko. Ojciec opowiadał mi to w osiemdziesiątych latach, jak się okazało z tą nadpaloną kartką zrobił głupi żart i sam ją napisał, niestety. Był to wynik flustracji mojego ojca na zadręczanie go prośbami (a potem nakazami) o kupienie mi Pong'a - pierwszej konsolki firmy Atari. Nie jest to wcale śmieszne, jak teraz się zastanawiam, to może ten "dowcip" wpłynął znacząco na moje życie. Zostałem prawnikiem, bo być może podświadomie chciałem starego ulokować za kratkami. Za to śmieszne jest to, że ten podłużny przedmiot z uwypukleniem okazał się być... wibratorem. Jak słuchałem czasami ojca to zastanawiałem się jak ja w ogóle przyszedłem na świat... A kwestia wibratora na tle osoby Jacka Trzmiela? Cóż, dziwna sprawa, choć "dogadzacz" powstał na pewno już parę wieków temu, to nie sądzę, by miał szansę dowiedzieć się o tym wynalazku Jacek, bo i jak i skąd, zwłaszcza na tle toczącej się wojny (wtedy, ludziom podłóżne przedmioty kojarzyły się pewnie tylko z bronią). A może Trzmiel już miał wtedy mózg "nie do wyjebania" - jak mówiła moja babcia patrząc na trzodę chlewną i wymyślił samozaspokajacz sam na nowo!? Prawda, że niesamowite?

      Wróćmy jednak do samej osobowości Jacka. Jak myślicie, czy Trzmiel po włączeniu się już między ludzi, nabierał werby i leciał z moim ojcem na babki? Owszem, leciał ale co najwyżej popatrzeć jak robił to mój ojciec... Nabzykać, to się nie nabzykał za młodu Trzmiel. Ojciec dziwił się, ale nigdy nie pytał "dlaczego", w końcu miał więcej dla siebie...

      Opowiem Wam jeszcze jedną anegdotkę. Młody Jacek nigdy nie pijał alkoholu. Oczywiście musiał wystąpić wyjątek potwierdzający tę regułę. Gdy Jacek namawiany namolnie do picia przez okolicznych wsioków nie dawał za wygraną, tak summa summarum w końcu się nachlał. Nietrzeźwy opuścił kompanów i zniknął na noc. Rano znajdował się jakby w amoku, a z jego ust wydobywało się tylko jedno słowo: "komandooor, koomanndor...". Podobno strasznie sapał przy wypowiadaniu tych słów, my możemy się domyślać, że pewnie robił to w stylu małego Foresta Gump'a siedzącego na werandzie... Tej nocy znaleziono martwego jakiegoś komandora (skąd on się tam wziął?) z rozległymi ranami odbytnicy. Po wsi latały słuchy, że widziano Jacka Trzmiela jak "robił swoje". Był to wrzesień'44 roku, za parę dni Jacek szykował się do wyjazdu. Był podobno trochę w USA, potem kilkanaście lat spędził w Niemczech (gdzie zresztą założył firmę Commodore naprawiającą maszyny do pisania/ssania.) Z czasem Jacek Trzmiel już jako Jack Tramiel zaczął być ważną personą w świecie maszyn liczących, komputerów i biznesie jako takim, ale to już przecież znamy wszyscy, więc nie ma sensu rozpisywania się.

      Trzmiel wysyłał do mojej rodziny kartki z życzeniami, było ich z kilkanaście zachowała się jedna, ostatnia podstęplowana 11 kwietnia 1952 roku. Więcej już nie napisał. Dziś Tramiel ma 79 lat, jest więc starym capem nie wartym już uwagi, podobnie jak niewarte uwagi są jego stare, wyzłomowane klamoty typu atari... O dupę to wszystko rozbić.

Mleko/O.H.P