Kiełbasa na kiju...


      W każdy wtorkowy wieczór tłumy telewidzów zasiadają przed telewizorami, aby śledzić wyssane z palca opowiastki o kosmitach, zjawiskach paranormalnych, dziwach biologii itp. serwowane przez twórców "Archiwum X". Główni bohaterowie serialu - niezbyt zgrabna, pulchna blondynka i daleki od wzorca ekranowego herosa partner - stali się idolami wielomilionowej rzeszy widzów na całym świecie.

      Sytuacja widza serialu "Archiwum X", przypomina pewnien stary humor rysunkowy dla dzieci. Na obrazku widzimy psa uwiązanego do sanek. Na sankach siedzi uradowane dziecko, w rękach trzyma długi kij z uwiązanym na końcu pętem kiełbasy. Kiełbasa znajduje się tuż przed nosem psa, który usiłując ją pochwycić rwie ile sił w łapach, ciągnąc za sobą sanki.

      Nie trzeba chyba wyjaśniać, kto w przypadku telewizyjnego tasiemca jest naiwnym zwierzakiem, a kto siedzi na sankach. Bliższego określenia wymaga natomiast kiełbasa, czyli wabik skupiający miliony spojrzeń na "Archiwum X".

      Można powiedzieć, że magnetyzm "Archiwum X" wynika z niezwykłości poruszanych w nim tematów. Jest w tym sporo racji. Warto jednak zwrócić uwagę, że kosmitami, zjawiskami paranormalnymi, dziwami natury czy satanizmem zajmowała się w dziejach filmu cała masa twórców zarówno wybitnych, jak i najzwyklejszych miernot. Są to więc tematy mocno weksploatowane i same w sobie niezbyt atrakcyjne, przynajmniej dla masowej, nie zainteresowanej żywotnie (np. tematem UFO) widowni. Skąd w takim razie ten nagły wybuch popularności? Oczywiście przyczyna musi tkwić w odpowiednim opracowaniu tematu i stworzeniu takiej sytuacji, w której nawet największy sceptyk uwierzy, że już wiele lat temu skrzyżowano człowieka z zielonym ludzikiem. Twórcy "Archiwum X" wywiązali się z tego zadania znakomicie.

      Na głównych bohaterów wybrali parę agentów FBI. Strzał w dziesiątkę! Człowieka obdarzonego zdolnościami telekinetycznymi (poruszanie przedmiotów siłą woli), medium rozmawiające z duchami, a nawet naukowca, który sfotografował latający talerz, czy odkrył bakterie z Kosmosu - wszystkich ich możemy nazwać szarlatanami, a głoszone przez nich rewelacje zbyć ironicznym uśmiechem. Zlekceważyć agenta FBI- ostoję prawa, porządku i zdroworozsądkowego czy, jak kto woli, racjonalnego myślenia - jest niezwykle trudno. To człowiek specjalnie szkolony do rozwiązywania tajemnic, sceptyczny, mocno stojący na ziemi - takim go przynajmniej wykreowała sztuka filmowa. Jakby tego było komuś mało, Fox Mulder, bo o nim mowa, dostał do towarzystwa Danę Scully lekarza, naukowca, twardego racjonalistę w spódnicy. Autorytet tego tandemu wydaje się niemożliwy do podważenia. Jeżeli oni wierzą, że zielone ludziki wylądowały na Ziemi, to widzowie przed telewizorami nie mają najmniejszego powodu żeby wątpić, że tak się w istocie nie stało. Z tych samych powodów dadzą wiarę każdej niedorzeczności, jaką się im zaoferuje. Jeżeli nawet nie uwierzą, to nie wykpią, a to zupełnie wystarczy, by przesiedzieć 50 minut przed ekranem.

      Następnym wabikiem jest nadzieja na odkrycie tajemnicy. W przeciwieństwie do innych tasiemców, "Archiwum X" nie kusi rozwiązaniem intrygi kryminalnej, czy wyjaśnieniem, kto z kim i dlaczego się przespał. Mulder i Scully podążają śladem typowych zagadek kultury masowej poszukują odpowiedzi na pytanie o istnienie UFO, życia pozagrobowego i wielkiego trustu (masonerii, tajnej organizacji przestępczej itp.), który włada z ukrycia, lecz niepodzielnie naszym światem. Nie poprzestają jednak na apelowaniu do strachów zbiorowej podświadomości - dają do zrozumienia, że wyjaśniliby wszystkie tajemnice, gdyby nie przeszkadzał im ktoś z zewnątrz. Reprezentantem tajemniczej, wszechmocnej organizacji jest człowiek namiętnie palący papierosy. On zdaje się wszystko wiedzieć, lecz z sobie tylko znanych przyczyn uparcie milczy. Widz daje się na to nabrać i z uporem maniaka oczekuje chwili, w której zmowa milczenia zostanie przełamana. Jeżeli powrócimy do hunoru z psem i sankami, ta każdy kolejny odcinek "Archiwum X" porównać można do kolejnych skoków psa w stronę apetycznej kiełbasy. Szarpią się agenci a my razem z nimi. Jedynym efektem jest ruch sanek - produkcja kolejnych odcinków - zbliżenie do rozwiązania jest zawsze na wyciągnięcie ręki, lecz w istocie absolutnie nieosiągalne.

      Analogiczny balans trwa na płaszczyźnie kontaktów uczuciowych pomiędzy Scully i Mulderem. Są tak blisko siebie, omal nie dochodzi do wyznań miłosnych, poświęcają dla siebie wszystko, nawet życie... i nic. Widz czeka w napięciu na chwilę, gdy wreszcie Dana i Fox wskoczą do jednego łóżka, by rozładować własne i publiki emocje - na próżno. Jak frustrujące jest to zajęcie można się zorientować przeglądając liczne strony fanów "Archiwum X" w sieci Internet. Nie wszyscy są w stanie sprostać udrękom oczekiwania: w niektórych fotogaleriach widnieją produkowane sztucznie (np. głowa Scully i ciało przypadkowej modelki), a nawet ostre sceny erotyczne z udziałem pary agentów.

      Choć w "Archiwum X" wszelkiego rodzaju monstra i szkaradni obcy z Kosmosu są stałymi gośćmi, to - zgodnie z żelazną zasadą konstruowania obrazu w filmach grozy - pokazuje się ich oszczędnie. Nic dziwnego: najgroźniejsze są te diabły, których nikt jeszcze nie narysował. W odróżnieniu od przybyszów z innych planet, człowieka znamy doskonale. Będąc ludźmi w naturalny sposób zainteresowani jesteśmy ciałem - naszym i innych ludzi, lubimy je porównywać, znajdować różnice i odstępstwa od normy. Nic dziwnego więc, że w każdym z nas drzemie ten rodzaj niezdrowej ciekawości, który każe nam przyglądać się ranom, bliznom, zmianom chorobowym. Do zaspokojenia podobnych pragnień "Archiwum X" nadaje się wyśmienicie. Wrzody, robactwo wyłażące z uszu, oparzenia, ugryzienia - wszystko to demonstrowane jest w serialu z dokładnością, jaką można spotkać jedynie w podręcznikach medycznych. Odwracamy głowę od ekranu, obrzydzenie przegrywa jednak walkę z ciekawością, znów spoglądamy, by nasycić się ohydą.

      W podobny sposób (i być może w tym samym celu) "Archiwum X" zaspokaja ciekawość związaną z zjawiskami nadprzyrodzonymi i "tamtym" światem. Satanistów nie pokazuje się tu jako grupki fanatyków, jakichś sekciarzy - może nawet groźnych, lecz będących zjawiskiem marginalnym. Przerażające jest to, że niezwykłość dokonywanych przez nich wyczynów jakby umyka uwadze agentów. Oni traktują to jako rzecz oczywistą(!). Tu nie ma wątpliwości, że satanizm istnieje i jest skuteczny - cała energia koncentruje się na tym, jak sobie z wyznawcami Szatana radzić. Oczywiście możemy powiedzić, że to -podobnie jak skrzyżowanie człowieka z ufoludkiem, którego dokonała supertajemnicza agencja zatrudniająca namiętnego palacza papierosów - kompletna bzdura. Możemy, lecz na poparcie swojego twierdzenia mamy tak samo dobre argumenty, jak twórcy "Archiwum X" na jego zaprzeczenie. Poza tym przecież lubimy się bać, lubimy wierzyć, że za całe zło świata odpowiedzialna jest jakaś zewnętrzna siła równie dobrze mogą to być masoni, tajne służby, jak i zielone ludziki. A że to kolejna bzdura. No cóż, zanim zdążysz ochłonąć, przemyśleć to co zobaczyłeś, pojawiają się napisy końcowe. 50 minut minęło. Niczego się nie dowiedziałeś, lecz ciekawość po raz kolejny została pobudzona. Kiełbasa pachnie znakomicie i jest tuż przed nosem. Wystarczy jeden skok i... Do następnego wtorku.

      Nie jest to głos odosobniony, dlatego postanowiłem go wyciągnąć na "światło dzienne" i umożliwić szerszej publiczności zapoznanie się ze zdaniem tu zawartym. Wszytkim, którzy chcieliby się zapoznać ze zdaniem mojego przyjaciela dotyczącym zjawisk paranormalnych i ich prezentacji w mediach, a już szczególnie TV, polecam (o ile już tego nie zrobili..) lekturę artykułu zatytułowanego "Ufoki" publikowanego w ostatniej Paczce Tynku...

Zbycho Jabol/Dial